Dziennik wędrowny

Dlaczego lubię wracać w te same miejsca?

Podczas naszej podróży po Azji odwiedziliśmy łącznie 7 różnych krajów. W podróży byliśmy 6 miesięcy, więc w każdym kraju spędziliśmy średnio 25 dni. W jednym kraju byliśmy dłużej, w innym krócej, jeden spodobał nam się bardziej, a inny mniej.

W Tajlandii spędziliśmy łącznie 44 dni i w styczniu 2018 roku znowu tam wracamy.

Wiele razy spotkałem się z opinią osób, które podróżują, że nie warto wracać w te same miejsca, bo przecież na świecie jest jeszcze tyle innych, ciekawych miejsc. To prawda, jest ogrom tych miejsc i warto sobie uświadomić, że wszystkich ich nie jest się w stanie odwiedzić.

I tak szczerze mówiąc to nienawidzę tego podróżniczego wyścigu szczurów: ktoś odwiedził 50 krajów, inny ma już na swoim koncie 100, a jeszcze inny był już we wszystkich państwach świata. Na dodatek robi się z tych ludzi autorytet, często na wyrost. Ja wiem, że cyferki się sprzedają i doskonale działają na wyobraźnię. Ktoś sobie myśli: ten człowiek był w 194 krajach, a ja tylko w 3, więc pewnie wie więcej niż ja, widział więcej, lepiej zna świat. No niekoniecznie. Już kiedyś na blogu pisałem, że podróże wbrew temu co przyjęto za pewnik i powtarzany do porzygu slogan NIE KSZTAŁCĄ. Podróże nie kształcą, jeśli tego od nich nie oczekujemy. Można gdzieś jechać, być tam 3 tygodnie i nie wyciągnąć z obcej kultury i ludzi tam żyjących żadnej lekcji. Można odwiedzić 194 kraje i nie wyciągnąć z tego nic. Ot, pojechałem na wakacje do wszystkich krajów świata. Oczywiście trochę spłycam, bo pewnie będąc w krajach ogarniętych chociażby konfliktem zbrojnym, każdemu nasuną się jakieś wnioski z tego płynące. Ale generalnie slogan jakoby podróże tak bardzo edukowały jest populizmem i jedną z większych bzdur.

Ja nawet nie wiem w jakiej ilości krajów byłem. Pewnie było ich około 9, może 11. W sumie nawet mnie to nie interesuje.

Nawet jakbym był we wszystkich oficjalnych, samozwańczych, nieuznawanych państwach to każde z nich posiada mniejsze jednostki administracyjne: regiony, gminy, miasta, dzielnice. Nie jestem w stanie być w tych wszystkich miejscach, nawet jakbym poświęcił na to całe życie. A przecież wszystkie te miejsca różnią się od siebie. Wiele jest krajów, w których mieszają się wpływy różnych kultur, grup etnicznych i innych czynników. Zawsze jak słyszę, że ktoś był w jakimś kraju, w którym też byłem, zwłaszcza dużym i różnorodnym kulturowo, pytam: w jakiej części kraju był? Bo to znacząco determinuje dalszą rozmowę na ten temat.
Ja przeżywałem szok kulturowy podróżując nawet po Polsce, jadąc chociażby w Bieszczady czy do Warszawy i widząc pewne różnice w podejściu ludzi do życia.

To jedno, że nie jestem w stanie odwiedzić tych wszystkich miejsc, bo nawet jakbym był, to nie jestem w stanie odwiedzić ich w jednym czasie. Będąc w jednym miejscu tracę to wszystko, co dzieje się gdzieś indziej, ludzi, których mógłbym tam spotkać, nastroje, smaki, zapachy, wszystko. Bezsensowne wydaje mi się bawienie w liczby, bo jaki niby jest tego cel, poza połechtaniem ego osoby definiującej swoje podróże przez liczby?

Wracając do sedna tego wpisu czyli…

Dlaczego lubię wracać w te same miejsca?

Na przykładzie Tajlandii, do której wrócimy po raz kolejny. Kiedy przylecieliśmy pierwszy raz do Bangkoku (warto dodać, że było to po ponad miesiącu spędzonym w Indiach) Bangkok wydał mi się bardzo nowoczesny. Wyobrażałem sobie to miasto jako bardziej szemrane, brudne, mroczne, miasto grzechu, gdzie gangsterzy i prostytutki stoją na każdym rogu (to akurat prawda :D). W szoku byłem jakie to miasto jest pogodne, uśmiechnięte, z zadbanymi parkami i ciekawymi zakamarkami. Obce, ogromne miasto, gdzie czujesz się jak u siebie i nie boisz się wyjść po zmroku, bo może skręcisz w złą uliczkę i zobaczysz coś czego nie powinieneś.

Później pojeździliśmy po reszcie kraju, pojechaliśmy do Birmy i z powrotem wróciliśmy do Bangkoku. To samo miasto, a odczucia inne. Zobaczyłem wtedy w Bangkoku więcej tego, co pierwotnie sobie wyobrażałem. Nie twierdzę, że nagle to miasto się zmieniło w moich oczach i wywróciło do góry nogami. Nadal czułem się tam swobodnie i bezpiecznie, ale spojrzałem na nie trochę inaczej przez to, że ta pierwsza fascynacja minęła.

Jakie wrażenie wywrze na mnie Bangkok podczas kolejnej wizyty? Co się tam zmieni przez prawie dwa lata? Nie wiem, ale chętnie się tego dowiem. Lubię ten kraj i to miasto, więc chętnie tam wrócę, bez silenia się na to, że to nie ma sensu, bo już tam byłem i lepiej byłoby pojechać w nowe, nieznane mi miejsce. Mam listę miejsc, które lubię i bardzo chętnie będę do nich wracał, mam takie, których nie lubię, a chętnie do nich wrócę i wreszcie mam takie, których nie znam i chciałbym poznać. Wszystko to jednak bez pogoni za liczbami, za innymi ludźmi, za rekordami czy bóg wie czym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *